Galeria Obrazów

Galeria Giza

Jan Lebenstein

Teksty

Sztuka Lebensteina, taka, jaka jawi się nam dzisiaj, jest przewrotna i niepokojąca, a lepiej jeszcze powiedziawszy, unheimlich: termin, który Freud definiuje jako „coś co powinno było pozostać ukryte, a wypłynęło na powierzchnię”. Dzięki temu, że fantazmaty przeważyły i wypłynęły na powierzchnię, możemy obcować z wyrazem plastycznym niezwykle bogatego i spójnego uniwersum psychicznego. Nie sposób zresztą – i na tym polega też wielka wartość tej twórczości – odróżnić tego, co jest psychiczne, od tego, co jest jego wyrazem, tak umiejętnie bowiem jedno służy drugiemu za pomocą bardzo subtelnej siatki aluzji kulturalnych. Hieratyczny i barbarzyński, gdy przywołuje pierwotną matkę, gdy marzy o tellurycznej reinkarnacji, Lebenstein wymyśla od nowa wszelkie manieryzmy, by zemścić się na uspołecznionej frygidzie. Burdele z ulicy Saint-Denis są świątyniami: kobiety wchodzące czy schodzące po ich schodach – surowymi, obojętnymi kapłankami. Mężczyzna, gdy ogarnie go marzenie o mocy, przypominać będzie asyryjskie byki, egipskie bóstwa o twarzach zwierzęcych. Ale poddany, upokorzony, z melonikiem na głowie, przedmiot autoszyderstwa, wydaje się figurą z fin-de siécle’owej karykatury. I w tych aluzjach nie ma nic z pastiszu, bowiem wiąże je i spaja ze sobą charakterystyczny, natychmiast rozpoznawalny styl Lebensteina. Pewność kreski wiodącej wiązkę cieniutkich nacięć, wykorzystywanie przypadków, jakie nastręcza technika gwaszu, pozwala na taką samą deformację ciał i twarzy, jakiej podlegały stare posągi przeżarte przez ziemię i sól morską. Poza mijającym czasem rysunki Lebensteina odkrywają przed nami klasyka, który odnalazł sacrum.   Konstanty A. Jeleński, 1971