Galeria Obrazów

Galeria Giza

Franciszek Maśluszczak

Teksty

Machina 41/2009

FRANCISZEK MAŚLUSZCZAK / Fragmenty

WŚCIBSTWO KONTROLOWANE
Obserwuję i podsłuchuję ludzi. Potem ich rysuję. Wszędzie chodzę z notatnikiem i piórem. Ołówka nie używam, bo jest niedzisiejszy. Ostatnio zanotowałem podejrzanego typka w urzędzie z podpisem „Ten ma kradziony paszport i podrobiony dowód osobisty”. Spodobał mi się też pies pod płotem, który na mnie warczał. Co ciekawe, nie wiem dlaczego, ale niekiedy moje czworonogi wyglądają jak konie. Czasem siadam w ostatniej ławce w kościele i szkicuję tych, co się modlą. Dla mnie każde wyjście, nawet do windy w bloku, jest podróżą artystyczną. Kolekcjonuję żywe epizody filmowe. Na przykład we wsi Kamion koło Wielunia zobaczyłem swój późniejszy obraz „Halina Nosek idzie plotkować do Manieczki Luksus”. W innej wiosce na rozdrożu spytałem o drogę pijanego jak bela bohatera płótna „Czesiek kalkulujący, czy na wódeczkę wystarcza mu”. Brakowało mu 25 groszy, ale dałem mu pięć złotych.

STRACHY I STWORY
Myślę, że w domach z moich obrazów nie mieszkają ludzie, tylko byty niecielesne. Wierzę w duchy. W dodatku zawsze się ich bałem. Nawet przez Las Kabacki przejeżdżam rowerem ile sił w nogach ze strachu, żeby mnie nie porwała jakaś zjawa. Gdy coś gdzieś zaszumi, zaskrzypi lub fuknie – uciekam. Wyobraźnia podpowiada mi straszne rzeczy. Krzak porzeczki wydaje się jakimś stworem, który za chwilę mnie zaatakuje. Dlatego moje zwierzęta to są – pewnie nie istnieje takie słowo – „nietaki”. Nigdy nie wyglądają jak prawdziwe.

BIOGRAFIA Z DOWCIPEM
Zawsze siebie rysowałem. Portretowali mnie też inni. Chcieli ośmieszyć i wykrzywiali różne części ciała. Mnie to bardzo radowało, bo podoba mi się, gdy ktoś mi maluje nos szerszy niż mam. Lubię też, jak ludzie mówią: „Kurczę, jaka krecha. Fajnie pan to narysował”. Tak mniej więcej chwalono jeden z moich znanych autoportretów. Siedzę na nim w krótkich gaciach i od krocza w górę klatki piersiowej ciągnę farbą kreskę. Dałem taki tytuł: „Maluję i rysuję od małego”.

CHOLERA NA PŁÓTNIE
Z nieudanymi obrazami walczę. W pracowni mam sporo takich biednych i opuszczonych blejtramów. Zapomniałem, co na niektórych miało być. Od czasu do czasu biorę je i przebudowuję. Nie zawsze mi wychodzi. To jest bardzo złośliwa płaszczyzna. Czasem nie chce, żebym na niej coś namalował. Wtedy straszę ją: „Ja i tak cię cholero pokonam”. Gdy już to zrobię, rysuję ludzi z za dużymi rękami i z wybałuszonymi oczami. Pewnie dlatego, że ci, których spotykam na ulicy czy w sklepie, tak samo gapią się na mnie. Nie dziwię się im. W końcu patrzenie jest podstawą funkcjonowania człowieka. Gdyby oczy nie widziały, nie byłoby sztuki.

Człowiek, który znalazł to, czego nie szukał…

rozmowa z Franciszkiem Maśluszczakiem
Warszawa – Ursynów, marzec 2007 / fragmenty /

Miasta, które malujesz pochodzą z wyobraźni czy z rzeczywistości?

Z wyobraźni, albo przypomnienia. Wiele cerkiewek, kościółków, domów znanych z dzieciństwa, już nieistniejących ocaliłem w ten sposób w pamięci. Przeważająca część mojego życia to Zamość, Warszawa. Najczęściej też jeżdżę do miast i myślę, że to człowieka ogranicza i dyktuje mu pewien rytm.

Wychowałeś się w Kotlicach, wśród łąk, łopianów. Wracasz tam czasem?

Odkąd rodzice nie żyją rzadko, ale często je malowałem. Tam zachwyciłem się światem!

Chowam niektóre namalowane w domu rodzinnym płótna, traktuje je jako szczególnie wartościowe.

A Zamość?

Jako dziecko z ojcem i bratem często jeździłem do Zamościa. Przekraczając granice tego miasta zawsze czułem jakbym wjeżdżał do innego świata. Byłem zachwycony. Obręb Starego Miasta wystarczał mi zupełnie. Nie musiałem go opuszczać. Dawniej w chodnikach podcieni były wyryte koleiny. Tędy chodził Kochanowski, Szymonowic, Róża Luksemburg, Zamojscy… wielu wspaniałych twórców, którzy tu tworzyli, przyjeżdżali tu. Chodziliśmy tam w butach podbitych metalowymi żabkami, a spod obcasów wysypywały się iskry. To były wyryte ślady przeszłości. Podobnie jak koleiny zostawione przez rydwany w Pompejach…

Dawniej w Twojej twórczości pojawiały się potwory, karakany. Teraz ten świat złagodniał.

Odciąłem swoje lęki autocenzurą i wkroczyłem w świat magiczny. Malując Drogę Krzyżową w kościele na Ursynowie, założyłem Chrystusowi koronę cierniową na głowę dopiero na czwartej stacji, choć powinna być już na pierwszej. Nie potrafiłem wcześniej. Z krwawiących ran na dłoniach wyrastają mu kwiaty. Taka jest moja wersja Drogi Krzyżowej…
Malarze, choćby Beksiński, często nie uświadamiają sobie, że są prorokami. Mam tego świadomość. Dlatego zacząłem przybliżać do siebie światy dobre i piękne. Znajduję je w każdym widzianym człowieku. Maluję ludzi pełnowymiarowych, takich jak ich widzę własnymi oczami. Boję się dotykać spraw ciemnych.

Rozmawiała: Katarzyna Kubacka.